Mój wywiad z Alessandro Del Piero: kulisy

Aranżujemy plan nagraniowy, rozkładamy książki, wyjmujemy wszystkie fanty, które przywieźliśmy, by Alex je podpisał. Dostajemy potwierdzenie: będziemy mieli pół godziny na wszystko. Alex przyjedzie do nas podczas jednej z przerw, a my musimy wykorzystać ten czas jak najbardziej efektywnie. Po raz setny czytam przygotowane pytania, odtwarzam w głowie to, jak chciałbym poprowadzić tę krótką rozmowę. Na zewnątrz zaczyna zachodzić słońce, a my czekamy. Czasem ktoś zażartuje, próbując rozładować napięcie, ale w powietrzu czuć już atmosferę oczekiwania. Jeden z Włochów z ekipy technicznej jest zagorzałym kibicem Interu, ale do Del Piero ma ogromny szacunek, wykraczający poza barwy klubowe. Oglądamy Alexa na znajdującym się w salce telewizorze. Wszystko, co widzimy na ekranie, dzieje się kilka pięter niżej. Nasze piętro jest puste, jesteśmy tu tylko my. Czekamy.

Czekając na Del Piero osiem pięter wyżej…

Trochę to trwa, więc po pewnym czasie napięcie nieco spada. Wtedy jednak do naszej salki wpada Sara. „Już jest, idzie tu” – mówi do mnie. Faktycznie, nagle pośród ciszy na korytarzu słychać kilka głosów. Tym razem adrenalina daje mi popalić. Po chwili próg przekracza Alessandro Del Piero i kilku najwyraźniej opiekujących się nim jegomości. Musielibyście nas wtedy widzieć… Stoimy jak wryci, nikt nawet się nie porusza. Po chwili jednak to Alex zaczyna się z nami witać, a my otrząsamy się z pierwszego szoku. Podajemy sobie dłonie i zapraszam go na fotel obok mnie.

Wydawało mi się, że miałem w głowie sprytny plan: ponieważ spodziewałem się, że mogę się zestresować, wiedząc, że Del Piero mówi też po angielsku, postanowiłem wyjaśnić mu właśnie po angielsku, jak widzę naszą rozmowę, jak i resztę spotkania, po czym sam wywiad przeprowadzić po włosku, bo w ten sposób się do niego przygotowałem. Mózg człowieka jest jednak niesamowity. Siadamy na fotelach, a ja czuję zupełną pustkę w głowie: zapomniałem angielskiego, mimo iż na co dzień posługuję się nim zupełnie swobodnie! Ewidentnie, mózg działa mi w trybie awaryjnym. Zmieniam plan i od początku przerzucam się na włoski, z którym w całej tej sytuacji jednak nie mam problemu. Ustalamy szczegóły, wszystko jasne, wszystko się zgadza. Alex okazuje się totalnie otwartym, sympatycznym i przystępnym człowiekiem. Opanowanym i zrelaksowanym facetem pośród grupy rozgorączkowanych chłopaków, starających się trzymać poziom. Pyta mnie, jak się mówi „ciao” po polsku. Po chwili ćwiczy wymowę „cześć”.

Na moment przed startem czuję duży stres. Zastanawiam się nad głupimi drobiazgami, na przykład nad tym, jak usiąść, czy ze spodni nie wyszła mi koszula, czy wszystko inne jest w porządku. Del Piero jest już gotowy, siedzi obok mnie niczym posąg, nie rusza się. Kamery już nagrywają, dzięki czemu mam dobrą pamiątkę, z której śmieję się do dziś, za każdym razem, gdy to oglądam. To są właśnie te emocje. Próba dźwięku. „Cześć” Alexa trochę mnie uspokaja. „Tutto bene”. Jesteśmy gotowi.

Zaczynamy nagranie. Wszystko idzie dobrze, bez przerw, bez perturbacji. Po wywiadzie nagrywamy jeszcze krótkie pozdrowienia dla polskich kibiców. Czy dzisiaj poprowadziłbym tę rozmowę inaczej? Pewnie tak. Czy zadałbym inne pytania? Część na pewno bym wymienił. Wówczas tamte wydawały mi się najlepsze z wielu, które mieliśmy na pierwszej wersji listy. Po tego typu wywiadach niemal zawsze pozostaje niedosyt. Mogłem zapytać jeszcze o to, o tamto. To pytanie sformułować inaczej, a tu dopytać. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to rozmowa idealna, ale za to szczera i naładowana nie tyle dziennikarskimi, co kibicowskimi emocjami. To w końcu jeden z punktów na mojej bucket list.

Po wszystkim Del Piero zostaje jeszcze z nami przez kilkanaście minut. Podpisuje książki, proporczyki, zdjęcia. Co ciekawe, jeden z ludzi, którzy z nim przyszli, zaznacza przed sesją autografów: same podpisy, bez dedykacji. Nie mamy już wiele czasu. Protestuje jednak sam Alex. Mówi, że przylecieliśmy z daleka specjalnie na to spotkanie i on chce to uszanować. Niesamowite podejście. Każdemu z nas podpisuje książkę z dedykacją, a później cierpliwie resztę fantów, w tym portret, wykonany ołówkiem przez mojego przyjaciela, który specjalnie przywiozłem ze sobą do Mediolanu. Na koniec robimy sobie pamiątkowe zdjęcia.

Strony: 1 2 3 4

Udostępnij ten tekst:

Powiadom
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze