Mecz stulecia i staffetta, czyli reprezentacyjne wzloty i upadki
Uskrzydlony i pełen nadziei wyruszył do Meksyku. W 1970 Włochom przyświecał jeden cel. Do Rzymu mieli wrócić jako mistrzowie świata.
L’Abatino ukąsił gospodarzy w ćwierćfinale turnieju, jednak prawdziwa historia miała wydarzyć się w kolejnym spotkaniu. Pojedynek między Włochami a RFN przeszedł do historii jako mecz stulecia. Czy nad wyraz? Niech każdy oceni to sam. Prawdziwym rollercoasterem była dogrywka. Ostatni gwizdek arbitra wybrzmiał przy wyniku 1:1. Później działy się cuda, wianki na kiju. Regularna wymiana ciosów. Ten ostateczny zadał Rivera, minutę przed końcem wbiegając na punkt jedenastu metrów i płaskim strzałem pokonując Seppa Maiera. Finalny rezultat? 4:3. Azzurri, jak pokazała historia, nie po raz ostatni po 120 minutach posłali Niemców do diabła i zameldowali się w finale rozgrywek.
Finał miał być świętem. Włochy i Brazylia, najbardziej utytułowane zespoły narodowe w historii calcio. I ten, który miał wszystko zepsuć. Ferruccio Valcareggi.
Selekcjoner squadra azzurra z uwielbieniem stosował manewr zwany „staffettą”, polegający na wymianie trequartisty co trzy kwadranse. W praktyce: głównym rywalem Rivery o pozycję w kadrze był Sandro Mazzola, inna legenda z Mediolanu, dla odmiany biegająca na co dzień w niebiesko-czarnych barwach Interu. Według Valcareggiego nie było na boisku miejsca dla obu Włochów, zwłaszcza w tak istotnych spotkaniach. Bał się zachwiania balansu.
Mazzola był zawodnikiem bardziej surowym technicznie, natura obdarzyła go jednak siłą fizyczną, o której Rivera mógł tylko pomarzyć. Nerazzurro zazwyczaj zaczynał mecze w podstawowym składzie, kiedy należało przeciwnika nieco zniechęcić, porozpychać się łokciem i barkiem, skakać do główek. Gdy rywal miał dość, na murawie pojawiał się L’Abatino. Ten jeden raz było inaczej.
Dla Rivery finał rozpoczął się w 87. minucie, kiedy na tablicy widniał wynik 4:1 dla canarinhos. Zabrakło czasu, by ta historia miała się zmienić. Włosi do domu wracali jako pierwsi przegrani. Na Valcareggiego wylano wiadro pomyj, a jego decyzję uznano za wręcz haniebną.
Ostatni taniec fantasisty
Jeszcze jedną szansę na mundialowe złoto Gianni otrzymał cztery lata później, na legendarnym z perspektywy polskiego kibica Weltmeisterschaft w 1974 roku. Turniej okazał się dla Italii totalną klapą – azzurri nie wyszli nawet z grupy, do czego w dużej mierze przyczynił się pęknięty but Kazimierza Deyny. Więcej okazji na piłkarski Olimp dla Rivery miało już nie być. Mimo wspaniałej kariery, brak tytułu mistrza świata pozostał cierniem w oku legendy Milanu.
W reprezentacyjnym całokształcie Rivery można dostrzec wiele luk. Piłkarz nader świetny w klubie, nigdy nie potrafił przypieczętować swojej ponadprzeciętności występami w kadrze. W czerwono czarnej części Mediolanu było inaczej. Był nietykalny, święty. Co prawda lata 70-te nie obfitowały w sukcesy rossonerich, którzy w Europie ugrali wyłącznie Puchar Zdobywców Pucharów ‘73, mało w tym było jednak winy Rivery, który dokładał wszelkich starań, by wybijać się ponad tę szarzyznę.
Fani nazywali go „Złotym Chłopcem”. Był nie tylko kapitanem – był liderem przez duże „L”. Publikę porywał swoją grą i klasą pozasportową, uchodząc za dżentelmena z krwi i kości. Był dobrze ułożony, choć nie było można odmówić mu charakteru.
Ten dawał o sobie znać zazwyczaj w obecności sędziów. Hobbystycznie uczestniczył w utarczkach słownych z arbitrami, a jego „ulubieńcem” był pochodzący z Syrakuzy Concetto Lo Bello, ówczesny przedstawiciel gatunku “collinowatych”. Między panami kotłowało się praktycznie zawsze, gdy Lo Bello był oddelegowany do gwizdania meczu Milanu. Brera napisał kiedyś ironicznie, że „dwa koguty nie zmieszczą się w jednym kurniku”.
Pewnego razu, gdy Milan podejmował Calgiari, arbiter Alberto Michelotti ośmielił się przyznać gościom rzut karny w dość niejednoznacznej sytuacji. Wściekły Rivera swoją złość przelał w kierunku desygnatora sędziów, Giulio Campanatiego. Kosztowało go to trzy i pół miesiąca bez piłki i… nie zmieniło ani o jotę.
W 1975 popadł w konflikt z prezydentem Milanu, Albino Buttichim, który podjął decyzję o zmianie na ławce trenerskiej, a odchodzącego Nereo Rocco zastąpił Gustavo Giagnoni. Było już tak źle, że Buttichi zamierzał pozbyć się Rivery, oddając go do Torino w rozliczeniu za świetnego wówczas Claudio Salę. Ostatecznie wymiana nie wypaliła, a sytuację załagodził Rocco, który powrócił do klubu z Lombardii, tym razem w roli dyrektora technicznego.
„Moje nogi już tego nie wytrzymują. Nie chcę skończyć na kolanach podczas meczu”. Pożegnalny pojedynek Rivery przypadł na 13 maja 1979 roku przeciwko stołecznemu Lazio. Na odchodne zdobył jeszcze jedno mistrzostwo. Ikoniczne, bo odzyskane po 11 latach przerwy. Równie ikoniczne, bo dziesiąte, pozwalające na przyszycie pierwszej (i jak na razie jedynej) złotej gwiazdki. Karierę zakończył w wieku 36 lat, spośród których 19 spędził w Milanie. Ponad pół życia.
Po prostu legenda
3 scudetti. 4 Puchary Włoch. 2 Puchary Europy. 2 Puchary Zdobywców Pucharów. Mistrzostwo Europy. Wicemistrzostwo Świata.
Król strzelców Serie A. Złota Piłka. Miejsce pośród najlepszej „setki” Pelego.
Całkiem przyzwoita wyliczanka.
680 razy przywdziewał czerwono-czarne trykoty, dziś ustępując pod tym względem wyłącznie trójce legendarnych obrońców: Franco Baresiemu, Alessandro Costacurcie i Paolo Maldiniemu. Zdobył 169 bramek, więcej od niego mają tylko wybitni bombardierzy, Gunnar Nordahl i Andrij Szewczenko. Nikt nie potrafił zbliżyć się do liczby 158 asyst, pod tym względem ma szansę pozostać rekordzistą do końca świata i jeden dzień dłużej. Słowo „legenda” nie oddaje fenomenu Rivery.
Gdy zawiesił buty na kołku przyjął rolę wiceprezydenta klubu. Po kilku latach do odejścia zmusił go nowy właściciel klubu z Lombardii, Silvio Berlusconi, w niedalekiej przyszłości polityczny przeciwnik Rivery, bo właśnie polityka stała się nowym powołaniem emerytowanego calciatore. Jest wiernym ideałom zadeklarowanym chadekiem, jednak na tym polu wielkiej kariery nie zrobił.
Gdy w 2011 roku Michel Platini wręczał Riverze specjalną nagrodę prezydenta UEFA, powiedział:
Gianni Rivera to jeden z największych ambasadorów piłki nożnej, zarówno na poziomie klubowym, jak i reprezentacyjnym. Trykot Milanu ubierał ponad 500-krotnie, cztery razy reprezentował swój kraj na Mistrzostwach Świata. Na boisku i poza nim był prawdziwym dżentelmenem i pozostał nim do dzisiaj.
Tu byłoby jeszcze trochę miejsca na podsumowanie, ale po co, skoro pan Platini zrobił to lepiej…
Bibliografia: These Football Times, SportMob, Bleacher Report, History of Soccer, Calcio Deal




