Angelo Di Livio

Angelo Di Livio: Il Soldatino, czyli Mały Żołnierzyk

Trudne początki

Chociaż początkowo na poziomie ekonomicznym nie była to wielka różnica, dla Di Livio drzwi do Serie A zostały otwarte. „Moja pensja nie różniła się niczym od tej z Padovy, nieznacznej korekty dokonano w styczniu, przy okazji przedłużenia kontraktu. Skok jakościowy nastąpił dopiero po udanych występach w reprezentacji”.

Il Soldatino zadebiutował na boiskach w Serie A w meczu z… Romą. W dodatku na Stadio Olimpico, 5 września 1993 roku. Giallorossi wygrali 2:1. „To było bardzo romantyczne i emocjonujące. Los chciał, że zadebiutowałem akurat z Romą. To był niezwykły zbieg okoliczności. Niestety, mecz nie potoczył się po naszej myśli”.

Pierwszy sezon w barwach Juventusu był dla Angelo okresem przejściowym, na rozruch. Stara Dama nie zdobyła żadnych trofeów, jednak sam sezon był ważny dla jego aklimatyzacji w nowej rzeczywistości. Zakończył go z 37 występami na koncie oraz bramką w Pucharze Włoch przeciwko Venezii.

Pierwsze miesiące w Juve nie były łatwe. Czułem się zblokowany. W mojej głowie kłębiło się pełno wątpliwości. Jestem i zawsze byłem emocjonalnym typem. W nocy przed każdym ważnym meczem miałem problemy ze snem. W przerwie spotkania potajemnie paliłem papierosy, żeby odreagować napięcie. Jeszcze w zeszłym sezonie zamiast mnie w Juve biegał Paolo Di Canio. Teraz byłem ja, nieopierzony debiutant z trzęsącymi się portkami”.

W pewnym monecie coś u Di Livio jednak zaskoczyło, głównie dzięki wsparciu Trapattoniego. To pozwoliło mu stać się jednym z najlepszych prawych skrzydłowych we włoskim futbolu. „Trap zdjął mi hamulce. Potrzebował prawego skrzydła, które osłania całą flankę i potrafi atakować oraz bronić. To coś, czego Di Canio mu nie gwarantował. Dzięki dużym wsparciu Sergio Brio oraz kolegów z drużyny udało mi się przezwyciężyć strach. Wiele zawdzięczam Trapattoniemu. Zaryzykował dla mnie, wziął na siebie wielką odpowiedzialność, dając szansę świeżakowi z Serie B”.

To, co rozpoczął Trapattoni, skrzętnie wykorzystał Marcello Lippi, który stanął na czele Juventusu w 1994 roku. Dzięki zmianie taktyki oraz kilku korektach w składzie, stworzył prawdziwą maszynę, która dominowała we Włoszech i Europie. U podstaw tych sukcesów leżała skrupulatna dbałość o przygotowanie fizyczne.

Era Lippiego

Z Lippim jako trenerem, Di Livio, który oprócz gry na prawym skrzydle był czasem zatrudniony również na lewym, a nawet w roli obrońcy, dzięki swojej elastyczności taktycznej wygrał z Juve wszystkie możliwe trofea, ciesząc się przy tym jak dziecko.

Nigdy nie pracowałem tak ciężko. Ciężary, bieganie, siłownia. Masakra. Szalony wysiłek. Jednak wspaniałe jest to, że byliśmy bardzo dobrze przygotowani fizycznie do każdego meczu. Pracowaliśmy ciężko przez cały tydzień, zarówno na boisku, jak i na siłowni. Z chęcią podchodziliśmy do tych treningów, bo wiedzieliśmy, że to nam da wygraną, a kiedy wygrywasz, z chęcią trenujesz i zmęczenie wydaje się mniejsze, a obciążenie lżejsze”.

W ciągu 6 lat z Juventusem Di Livio zgromadził 269 występów i 6 bramek, wśród których była także jedyna zdobyta w Lidze Mistrzów przeciwko drużynie Steauy Bukareszt. Wśród jego najlepszych występów znalazł się jednak ten w finale Ligi Mistrzów z Ajaxem z 1996 roku, a także mecz w Tokio przeciwko  River Plate w ramach Pucharu Interkontynentalnego.

Kilka dni przed meczem w Rzymie Lippi zebrał nas, aby podać skład na finał i powiedział: Di Livio jest najlepszy z was wszystkich, ale tym razem nie zagra z powodu mojego wyboru technicznego. Nasze motto brzmi: kto jest na boisku oddaje życie za drużynę, kto jest poza boiskiem z całych sił kibicuje. Los jednak chciał, żebym zagrał. Z powodu kontuzji odpadł Conte, a Lippi zdecydował się postawić na mnie, zamiast Paulo Sousy. Zwycięstwo w Lidze Mistrzostw było dla mnie spełnieniem marzeń, wyzwoleniem, czy nawet oczyszczeniem. Płakałem i krzyczałem, skacząc w samej bieliźnie. Byłem szczęśliwy jak dziecko! Wiem, że wielu kibiców miało mi później to za złe, ale gdy jesteś pod wpływem tak wielkich emocji, nie myślisz racjonalnie”.

W Tokio z kolei zagrałem swój idealny mecz. Tym razem Lippi nie miał wątpliwości i wystawił mnie w pierwszym składzie. Drużyna była nieco odmieniona. Nie było z nami już Viallego i Ravanellego. Był za to Boksic i Zidane. Oczywiście, ja w nocy przed meczem nie mogłem spać, a mój współlokator, Del Piero, chrapał w najlepsze. W ostatecznym rozrachunku był to dla mnie wyjątkowy mecz, mogę powiedzieć, że jeden z najlepszych meczów z Juve, razem z tym przeciwko Milanowi, zakończonym wynikiem 6:1 na San Siro. Tamtej nocy w Tokio nikt z nas nie spał”.

Di Livio na boisku dzięki Lippiemu oddawał swoją duszę. Biegał po całej szerokości boiska, wyrabiając kolejne kilometry. Nisko położony środek ciężkości i świetna kontrola nad piłką sprawiały, że Angelo był niewiarygodnie trudnym przeciwnikiem dla bocznych obrońców, którzy byli często zdezorientowani jego zwodami. Di Livio wiedział, jak zapewnić cenne asysty swoim kolegom z drużyny. 

Swój przydomek Il Soldatino otrzymał od Roberto Baggio, za styl biegania, który prowadził go do szaleńczego poruszania krótkimi rękami po bokach, tak bardzo, że przypomina maszerującego żołnierza.

Di Livio vs Ancelotti

Kariera Di Livio w Juventusie zakończyła się wraz z przybyciem Carlo Ancelottiego. Początkowo Carletto chciał dać szansę Angelo, jednak z biegiem czasu uznał, że nie jest mu on potrzebny. W dodatku pojawiły się kluby, które chciały mieć w swoich szeregach profil zawodnika, do którego idealnie pasował Di Livio. „Obiecał mi, że będę przydatny, po czym przyszedł i powiedział mi, że moje miejsce zajmą Zambrotta i Bachini. Zapytałem go: A kim oni do cholery są? Zbył mnie. Bardzo źle to przyjąłem. Na szczęście zgłosiła się po mnie Fiorentina, którą pod swoimi skrzydłami miał Trap. Nie wahałem się w ogóle i przyjąłem ofertę. Niestety historia z Juve nie skończyła się tak, jakbym chciał. Zasługiwałem na więcej szacunku”.

Di Livio i reprezentacja

Świetne występy i wyniki z Juventusem sprawiły, że Di Livio zagrał również dla reprezentacji Włoch. Il Soldatino zadebiutował w barwach azzurrich w wieku 29 lat w erze Sacchiego, 6 września 1995 roku, w meczu eliminacyjnym do Euro 96. Był to mecz ze Słowenią, wygrany przez Italię 1-0. Za jego cechy i skłonność do poświęceń był brany pod uwagę także przez 4 innych selekcjonerów: Cesare Maldiniego, Dino Zoffa i oczywiście jego mentora, Giovanniego Trapattoniego.

Był obecny na turniejach Euro 96 oraz Euro 2000, a także podczas mistrzostw świata we Francji w 1998 roku oraz, już wieku 36 lat, w Korei i Japonii w 2002 roku, gdzie tragiczne błędy skorumpowanego sędziego Byrona Moreno spowodowały, że Włosi odpadli sensacyjnie z turnieju. Tej porażki Di Livio nigdy nie mógł przeboleć. „Moreno jest postacią, którą chętnie wymazałbym z mojego życia. Anulowane bramki, odgwizdywane nieprawidłowe spalone, wyrzucenie z boiska Tottiego. To był haniebny mecz. Również Hiszpanie odczuli, jak zgniłym człowiekiem jest ten arbiter. Najbardziej żałuje, że ten mecz był także moim ostatnim w koszulce reprezentacji”.

Włochy-Korea Południowa, skandal ma mistrzostwach świata 2002
Fiorentina – nowa nadzieja

We Florencji Di Livio nic wielkiego nie osiągnął. W barwach violi występował przez trzy sezony na wysokim poziomie, zdobywając także drugi w karierze Puchar Włoch – w 2001 roku, pokonując w finale Parmę Ulivieriego. Został nawet kapitanem, jednak poźniej jego drużynie nie udało się uniknąć spadku do Serie B. Fiorentina, zaledwie rok po triumfie w Pucharze Włoch, po sezonie 2001/02, ogłosiła bankructwo.

Drużyna, która miała w składzie takie gwiazdy jak Mijatović, Nuno Gomes, Enrico Chiesa, Di Livio, czy młodziutki Adriano musiała rozpoczynać wszystko od nowa na boiskach Serie C2, w dodatku pod zmienioną nazwą: Fiorentina Viola.

Lojalność ponad wszystko

W tej sytuacji, wszyscy zawodnicy otrzymali możliwość zmiany klubu na dowolny, bez kwoty odstępnego. 36-letni Di Livio, pomimo zaawansowanego wieku, wciąż nie mógł narzekać jednak na brak ofert. Zgłosił się do niego jego kolega Franco Baresi, który wówczas był dyrektorem sportowym Fulham. Angelo miał możliwość zakończyć karierę z lukratywnym kontraktem w ręku. Nie zdecydował się. Odrzucił wielkie pieniądze i podpisał werbalny kontrakt z klubem, który nawet jeszcze nie istniał! „Nie chcę być zapamiętany jako kapitan drużyny zdegradowanej i klubu, który skończył jako bankrut. Ludzie tutaj okazali mi tyle dobrej woli, że postanowiłem się im za to odpłacić”.

W momencie kiedy Di Livio podpisywał kontrakt, klub nie miał ani nazwy, ani logo, koszulek, czy nawet jedenastu piłkarzy. Miał za to trenera – kolegę Angelo z czasów gry w Juventusie – Pietro Vierchowoda. Di Livio zgodził się na obniżkę swojego wynagrodzenia aż o 85%. Jedyne co wyróżniało go od reszty zawodników, którzy przybyli później do klubu, było jego nowiutkie i lśniące Porsche.

Nowy twór składał się głównie z zawodników niechcianych w innych klubach oraz młodzików wypożyczonych z wielkich klubów. Pośród tych drugich znaleźli się chociażby Alessandro Diamanti oraz Fabio Quagliarella. „Jestem dla nich wszystkich jak starszy brat” – śmiał się Di Livio w wywiadach.

Ponowna droga na szczyt

Fiorentina Viola podołała jednak postawionemu przed sobą zadaniu i postawiła pierwszy krok w powrocie do Serie A. Fiołki wygrały ligę i awansowały do Serie C1. Niestety Di Livio nie dograł sezonu do końca z powodu zerwania więzadeł krzyżowych. Chociaż powrót był naznaczony ciężką walką i rehabilitacją – udało się. Pojawiały się jednak wątpliwości. „Nie mam siły, moje morale są bliskie zeru. Powrót w tym wieku, po takiej kontuzji jest bardzo trudny”.

Kiedy był już zdolny powrócić na boisku, Fiorentinę właśnie sprzedano na aukcji. We Włoszech nastąpiła restrukturyzacja rozgrywek i powiększenie ligi. Nowa Fiorentina trafiła więc bezpośrednio do Serie B. Kibice skakali ze szczęścia – dyrektorzy wręcz przeciwnie. Mieli przed sobą ciężkie zadanie zebrania konkurencyjnego składu. Ponownie jednak się udało. Di Livio wystąpił w 43 z 48 spotkań, w których jak prawdziwy kapitan dowodził całym zespołem, wprowadzając swoją drużynę ponownie do Serie A. Viola w zaledwie dwa lata trafiła z piekła do nieba.

Zakończenie kariery

Kiedy Angelo poprosił o podwyżkę, w klubie zapadła konsternacja, a przecież chciał zaledwie skrawek tego, co zarabiał w klubie przed bankructwem. Ostatecznie podjęto decyzję, by pozostawić go w klubie na kolejny sezon. W nim nie odegrał już znaczącej roli, będąc jedynie dobrym duchem drużyny, która walczyła o utrzymanie. 

Decydujący mecz miał rozegrać się pomiędzy Fiorentiną a Brescią. Di Livio wyszedł w pierwszym składzie przyczyniając się do wysokiej wygranej 3:0. W 88. minucie, kiedy schodził z boiska, cały stadion nagrodził go emocjonalnym pożegnaniem. Zdjął fioletową koszulkę, pocałował ją i podniósł w stronę Curva Fiesole. Tak zakończył swój ostatni mecz w karierze…

Strony: 1 2

Udostępnij ten tekst:

Powiadom
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze