Tajemnicze zniknięcie
Po świątecznej przerwie zawodnik spóźnił się z powrotem do Mediolanu o dzień, kiedy jednak poleciał na zgrupowanie kadry, w kwietniu 2009 roku, do Interu już nie wrócił. Zaginął!
Kiedy ponownie się pojawił w przestrzeni publicznej, okazało się, że zaszył się gdzieś w Brazylii, między jedną imprezą a drugą, razem z dilerami narkotykowymi. W jednym z wywiadów poinformował, że kończy karierę i nie zamierza wracać do Włoch.
To przelało czarę goryczy i włodarze Interu rozwiązali kontrakt ze swoim piłkarzem za porozumieniem stron. Na nic zdały się protesty Jose Mourinho, który wciąż wierzył w Adriano. „Pobyt w Brazylii nic nie dał. Kiedy wróciłem z wypożyczenia do Mediolanu znów zostałem sam. Nie lubiłem być samotny, więc szukałem towarzystwa pięknych kobiet. Klub miał tego dość. Tylko Mourinho wciąż wierzył. Mimo wszystko chciałem odejść do Manchesteru City, pytała o mnie Chelsea, interesował się Real. Za namową Mou zostałem w Interze, jednak jak się okazało nie na długo”.
Powrót do Brazylii
Z Interu odszedł jako czterokrotny mistrz Włoch oraz zdobywca dwóch Pucharów i Superpucharów Włoch. Po odejściu z Interu zawodnik kompletnie się zatracił. Na wszystko wymówką był alkohol. Imprezował gdzie i z kim popadnie. Stoczył się na samo dno. Zostawiła go narzeczona, co spotęgowało tylko jego problemy. Depresja i alkoholizm tak go zżerały, że był bliski samobójstwa.
Pomimo jego problemów zlitowało się nad nim Flamengo, w którym rozpoczynał swoją karierę. I tutaj zdarzył się cud. Adriano odbudował formę, został królem strzelców brazylijskiej ligi oraz zdobył mistrzowski tytuł – pierwszy od siedemnastu lat. Został nawet wybrany najlepszym piłkarzem rozgrywek. Cóż jednak z tego, jeśli wciąż widywany był z podejrzanymi typami na ulicach miasta i w nocnych klubach z prostytutkami. Do tego doszła spora nadwaga – ważył 106 kilogramów. W gazetach chwalił się jednak, że rzucił Inter, by odzyskać radość i szczęście, a dobry sezon we Flamengo tylko tego dowodzi.
Naiwna Roma
Na piękne słowa oraz cudowny sezon, nie zważając na pozaboiskowe wybryki, nabrała się Roma. W stolicy Włoch rozegrał aż osiem spotkań, w których nie zdobył nawet jednej bramki. Zresztą, już podczas prezentacji, jego pulchny brzuch i dodatkowy podbródek nie wróżyły sukcesów. Wyglądał dokładnie tak, jak numer na jego koszulce. Jak wielka ósemka.
Do tego wszystkiego doszły poważne urazy oraz brak zaangażowania na treningach. Giallorossi musieli uznać transfer za wielką porażkę i rozwiązali z nim kontrakt. Odchodził jako zdobywca nagrody dla najgorszego piłkarza Serie A sezonu 2010/2011.
Upadek na samo dno
W 2011 roku trafi do Corinthans, w którym wystąpił aż czterokrotnie – oczywiście z powodu kontuzji. Wyniszczony organizm kompletnie odmówił posłuszeństwa. Skoro nie mógł grać – znów balował. Stracił prawo jazdy za jazdę pod wpływem. Przypadkowo postrzelił koleżankę, bawiąc się pistoletem ochroniarza. W końcu i ta drużyna zerwała z nim kontrakt, nie mogąc patrzeć na to, jak Adriano się stacza. Po przygodzie z Corinthans zawiesił swoją karierę na dwa lata.
Powrócił ponownie reprezentując barwy Flamengo, jednak tym razem jego przygoda była kompletnie nieudana – nie wystąpił nawet w jednym oficjalnym spotkaniu. Następnie trafił do Athletico Paranaense, z którym trenował od grudnia 2013. Tam udało mu się wytrzymać aż cztery spotkania, za to świetnie radził sobie z imprezami klubowymi – w 2015 roku przyłapano go w dyskotece zabawiającego się z 18 prostytutkami naraz. Koszt tej imprezy to jedyne 30 tysięcy euro… Jego ostatnim klubem było Miami United, dla którego wystąpił w jednym spotkaniu i zakończył swoją piłkarską karierę.




