Najlepszy okres w karierze
W styczniu 2004 roku Brazylijczyk powrócił do Mediolanu. Inter sięgnął głębiej do kieszeni i wykupił 50% karty zawodniczej należącej do Parmy za 24 miliony euro. Ponowne sprowadzenie Adriano do włoskiej stolicy mody miało być odpowiedzią na sukcesy Milanu w tamtym okresie. Napastnik po raz kolejny z miejsca zaczął strzelać gole, zdobywając 9 bramek w 16 spotkaniach Serie A oraz dokładając do tego trzy trafienia w Pucharze Włoch.
Zarówno we Włoszech, jak i Brazylii, doszukiwano się podobieństw do jego genialnego rodaka Ronaldo, broniącego już wówczas barw Realu Madryt. Ten miał już 28 lat i raz za razem łapał kontuzje, a problemy z nadwagą i coraz mniej profesjonalny tryb życia zwiastowały rychłe pożegnanie się z futbolem (które mimo braku dyscypliny sportowej, miało miejsce dopiero w 2011 roku).
Brazylijczycy wierzyli, że Adriano stanie się naturalnym następcą Ronaldo, a reprezentacja Canarinhos nawet nie zauważy różnicy. Wtedy jeszcze nie wiedzieli jak bardzo się mylili. Skąd mogli jednak wiedzieć? Adriano był najjaśniejszą postacią Brazylii na turnieju Copa America w Peru w 2004 roku. Demolował każdego przeciwnika i poprowadził Canarinhos do upragnionego, mistrzowskiego tytułu. W plebiscycie na Złotą Piłkę, w wieku 22 lat, zajął szóste miejsce. Świat stał przed nim otworem, w tamtym momencie mógł odejść do każdego europejskiego klubu. Do drzwi Interu pukał między innymi właściciel Chelsea – Roman Abramowicz, proponując 100 milionów euro.
W sezonie 2004/2005 Brazylijczyk był praktycznie nie do pokonania. Potrafił przepchnąć i przestawić każdego na boisku, a do tego dysponował niezwykłym przy jego tężyźnie fizycznej przyspieszeniem i techniką.
„Pierwszą rzeczą o która poprosiłem prezesa Morattiego, kiedy dołączyłem do Interu była możliwość gry z Adriano. Chciałem, żeby na pewno z nami został. On był niesamowity. To było istne zwierzę. Szkoda, że nasza współpraca trwała tak krótko” – wspominał Zlatan Ibrahimović, który do Interu trafił z Juventusu w 2006 roku.
Śmierć ojca, depresja, alkoholizm
W międzyczasie, 3 sierpnia 2004 roku, Adriano dotknęła poważna tragedia w rodzinie. Na zawał serca, w wieku zaledwie 45 lat, zmarł jego ukochany ojciec. „Byliśmy wtedy razem w pokoju. Adriano odebrał telefon. Poinformowali go o śmierci ojca. Kiedy odłożył słuchawkę zaczął przeraźliwie krzyczeć. Do dziś mam ciarki kiedy o tym myślę. Od tego momentu nie był już tym samym człowiekiem” – wspominał kapitan Interu, Javier Zanetti.
Był to punkt zapalny dla brazylijskiego napastnika, chociaż początkowo nie było widać tego na boisku. Był w swojej życiowej formie. W dwa lata w Interze zdobył 47 bramek, dokładając do tego 22 w reprezentacji i to wszystko w wieku 24 lat. „Gdy stracił ojca, zacząłem go traktować jak młodszego brata. A on cały czas strzelał, dedykując zmarłemu ojcu każdą kolejną bramkę, wznosząc palce ku górze. Lecz to już nie było to samo” – mówił Zanetti.
Pogłębiająca się choroba
Jego kariera na dobre zaczęła się sypać po nieudanych mistrzostwach świata w 2006 roku. Chociaż już początki 2005 roku wskazywały, że z zawodnikiem dzieje się coś niedobrego. Zaczął być mocno zdekoncentrowany, ociężały i nieskuteczny. Mimo to władze Interu postanowiły podpisać z nim nowy kontrakt – wciąż potrafił błysnąć, jak chociażby w meczu 1/8 Ligi Mistrzów przeciwko FC Porto.
Z miesiąca na miesiąc problemy Adriano się pogłębiały. Brazylijczyk sprawiał Interowi coraz większe problemy. Od treningów wolał dyskoteki i prostytutki. Popadł w depresję, którą chciał za wszelką cenę utopić w drogim alkoholu. „Depresję potrafiłem leczyć tylko alkoholem. Kiedy straciłem ojca, wszystko się zmieniło. Byłem szczęśliwy wyłącznie gdy piłem, a piłem codziennie i cokolwiek wpadło mi w ręce. Każdego dnia stawiałem się w klubie kompletnie zalany. Nie spałem po nocach, bo bałem się spóźnić na trening. W efekcie na treningu byłem wrakiem. Odsyłali mnie na izbę chorych, żebym się wyspał. Oficjalnie dla mediów miałem problemy z mięśniami” – po latach wspominał Adriano.
W 2006 roku reprezentację Brazylii objął Dunga, który z miejsca postanowił pozbyć się z niej Adriano, polecając mu odwyk oraz skupienie się na futbolu, zamiast na nocnych eskapadach.
Imprezy, alkohol, prostytutki, brak formy i na dodatek tęsknota za ojczyzną. Inter przechodził prawdziwe piekło ze swoim zawodnikiem. Roberto Mancini miał go dość.
„Zsyłka” do Sao Paulo
W 2008 roku nerazzurri postanowili wypożyczyć Brazylijczyka do Sao Paulo, z nadzieją, że tam odbuduje formę i odnajdzie spokój. Niestety, nic bardziej mylnego. Co prawda, napastnik zaliczył całkiem udany sezon w brazylijskiej Serie A, zdobywając wiele bramek. Poprawa formy fizycznej była widoczna gołym okiem, jednak sprawiał przy tym wiele problemów w klubie, przez co władze Sao Paulo nie były z niego zadowolone.
Adriano wszczynał bójki, psuł atmosferę w szatni i wciąż się awanturował. Był nieznośny. Lekceważył zawodników i wszystkich pracowników klubu. Zero etyki zawodowej. Istny koszmar wychowawczy. „Jeżeli Adriano u nas także nie jest szczęśliwy, to droga wolna. Nikt go tutaj nie trzyma. Niech wraca do Mediolanu” – oznajmił prezydent klubu.
Tak też się stało. Adriano trafił pod skrzydła Jose Mourinho, który chciał przytemperować niesfornego piłkarza. Dawał Adriano sporo szans, a ten początkowo odwdzięczał się zupełnie przyzwoitą skutecznością, jednak nałóg wziął górę po raz kolejny.
Zaczęto plotkować o definitywnym odejściu napastnika z Interu i łączono go z transferem do Manchesteru City. Właściciel klubu szybko jednak rozgonił te plotki, argumentując, że Brazylijczyk jest cieniem samego siebie i wrakiem człowieka.




